Z Gosią w słońcu i w deszczu
27 sierpnia 2021
Dzięki Gosi czas rodzinnej rozłąki (słowo zbyt wyniosłe do sytuacji, lecz nie znajduję innego, o mniejszym ładunku emocjonalnym) stał się czasem wspaniałej kobiecej komitywy, czasem totalnego relaksu (miała w tym też swój udział burza, która wczoraj spaliła ruter i zostaliśmy odcięci od świata , od pracy…) , czasu beztroski, plażowania, szwendania się po restauracjach, próbowania greckich nowości kulinarnych, czasem zwierzeń, poważnych rozmów, rozważań , snucia marzeń , śmiechu i małych szaleństw.
Wczoraj rano udaliśmy się do Prewezy, mały shopping, przystanek na cappuccino w barze przy porcie , obiad z przyjaciółka w towarzystwie nader towarzyskiego synka mego trzeciorodnego – piękne jest życie słomianej wdowy z dzieckiem w towarzystwie tak wyjątkowej towarzyszki.
A ta burza wczoraj oprócz zniszczeń, na szczęście niewielkich, przyniosła całą masę emocji. Jeszcze w życiu naszym całym, ja i trzeciorodny, nie widzieliśmy krzeseł i stołów przesuwających się jakby były lekkie niczym piórka, jeszcze nie widzieliśmy ściany deszczu uderzającego o szybę tak, że nie widać było skrawka bożego świata. Gosia pomagała personelowi hotelu i restauracji porządkować leżaki na plaży i ciężkie drewniano-słomiane parasole, a ja wszystko utrwalałam na fotografiach. I takiego kolorytu morza też jeszcze nie widzieliśmy . Po wczorajszych burzach (popołudniowej i nocnej) podczas dzisiejszego plażowania błękit zmieszany z turkusem zachwycał i wprawiał w euforię. I ten niesamowity spokój, jakby ziemia oczyściła się z hałasu . Było dzisiaj powietrzu coś niezwykłego. Jednak ta cisza w opozycji występowała do stanu pobudzenia Lorenzo, który jęczał, skrzeczał, krzyczał, płakał, marudził .Cóż, zamknięto basen przy plaży, gdzie Lorenzo w tym tygodniu ćwiczył naukę pływania, a gdy wyrażenie niezadowolenia skierowanego w stronę barmanów i kelnerów słowem „surgielo” , wciąż nie wiemy co dokładnie znaczy, przyniosło odwrotny skutek, bo w postaci śmiechu wspomnianych wyżej pracowników plaży , niezadowolenie najmłodszego przybrało na sile. Zapomnienie przyniosła misja samodzielnego zakupu tosta (one toast , please). Na chwilę, bo po konsumpcji znowu się zaczęło jęczenie. Kolejną ulgę” przyniósł obiad (niezjedzony) i szaleństwo w restauracji.
Po burzy, u Gosi na balkonie, telefonem
Dzisiaj Dzień Psa – na koniec dnia (szkoda, że słońce nam uciekło) udało się nawet zrobić zdjęcie Lorenzo z Sonią, ta ostatnia nie wydawała się zadowolona z minisesji, co prezentuje załączony obrazek. Tzn. będzie prezentował jak po pracy obrobię się ze zdjęciami własnymi. Wielką ilością zdjęć własnych, znaczy mojego autorstwa.Ale te po znalezieniu lokum, podłączeniu internetu i po pracowych zdjęciach.


Komentarze
Prześlij komentarz