Nasze greckie życie wisi na włosku

Nasze wymarzone, wyśnione, wyidealizowane greckie życie wisi na włosku. Tym razem, tym kolejnym już razem (bo to trzeci kryzys) na bardzo cienkim włosku. Wisi i dynda. I co z niego będzie? Nie wiemy. Gdzie wylądujemy? Też nie. Huśtawka i huśtanie, bo nie ma dyndawka od dyndanie , najlepiej odzwierciedla stan naszych myśli i bezdecyzji. Huśtamy się to w stronę pozostawionego życia, to – tym samym mocnym huśtem (dobrze, że nie chlustem) -wracając tutaj , na tę dziwną ziemię grecką z jej dziwnymi mieszkańcami, zwyczajami, sposobami i niewiadomymi. Zastanawiamy się czy to może wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na czas powrotu, na przerwanie snu o nadmorskiej krainie, której mieszkańcy z radością witają przybyszy , zapraszają do wspólnej biesiady, czym chata bogata umilają pobyt, życie zamieniając w raj. Raj jest, ale gdy spojrzy się ponad ludzi, gdy nie trzeba załatwiać dokumentów, pozwoleń, prosić o prąd, błagać o wynajęcie mieszkania, o zrozumienie, że latem też chcemy tu mieszkać, a nie zabierać cały dobytek na plecy i jak żółwie po plaży się przechadzać z tobołem na grzbiecie, w którym ni to się schować, ni z nim iść, bo przecież ciężki. Nawet jeśli wygląda tak, bo tak jest, że w ciemno, że w półśnie i rojąc na jawie zabraliśmy cały nasz skromny dobytek (po częściowym pozbyciu się nadmiaru) z moją nieskromną kolekcją książek (rozczłonkowaną po członkach rodziny częściowo) i udaliśmy się w nowe, nowe które okazuje się trudne, kamieniste i skaliste jak ta ziemia, którą wybraliśmy. 

Trzeci miesiąc mija, a my od wczoraj jednocześnie jesteśmy i nie jesteśmy „na swoim” tym wynajmowanym. Wychodzony, zapłacony, wyproszony prąd podłączyli. Po pięciu przepisowych dniach. Zobacz, mówi do mnie mąż, gdy weszliśmy na klatkę schodową, ten haczyk do drzwi licznikowych, jest ustawiony w innej pozycji niż wczoraj. Może jest prąd? Nadzieja w pytaniu aż się prosi o posłuch. Oby, i niech się stanie, i będę szczęśliwa , i będę skakać, i zaraz zadzwonimy do dzieci , i opuścimy „Kabul” i kręci się to kółko w liczniku, więc chyba jest, biegnij , jedź windą do góry. Jest , mąż do mnie dzwoni. Jest i dzisiaj mamy dom. Mieliśmy do wieczora, bo przyszła właścicielka, bo ktoś zadzwonił, że pies jest a ona nie chce psa. Gdzieś maczkiem w tej umowie napisanej ładnymi literkami przypominającymi te rosyjskie było przecież zapisane. A tu jeszcze kot. Nie chce psa i kota grecka właścicielka i szukać mamy nowego domu. Ciężka, przerywana natłokiem myśli różnokolorowych wszystkich w ciemnej tonacji, noc- huśtawka. I smutne męża poranne: Wracamy. I Lorenzo Ja chcę zostać w Grecji, i Federiki Ja nie chcę wracać. A moje nie wiem, gdzieś tam pomiędzy. Bujamy się na tej huśtawce, raz nad Grecją, raz nad Polską. Gdzie wyskoczyć, w którym momencie? 


 Na razie robię pranie. I powidła (co to za słowo dziwne pyta mnie córka, takie śmieszne, powidła – ma rację jak się wsłuchać to powidła jak powidoki, jak powijanie…). Powidła z fig zerwanych przy drodze. I pracę popycham do przodu, bo Internet na szczęście bardziej jest niż znika. Tylko układanie, rozpakowywanie, ustawianie na półkach i urządzanie nowego, przerwałam, zawiesiłam, zamroziłam, bo może wyskoczymy na starym lądzie. Huśtawka się huśta, choć wolałabym dynkawka się dynda. Na osłabienie huśtania było męskie risotto z frutti di mare i damskie oraz dziecięce kartofle z rybą. Dla tej, co zwierząt nie jada z macedońskim Ajwarem hendmejdowym, pysznym, kremowy, pachnącym naturą i ogniem. Chwilowe zwolnienie lotu huśtawki i męska plaża, i młodzieżowe wyjście z koleżankami. I wpis na blogu, co się w szkicach zakopał. Niedługo rozdynda się znowu dyndawka….

Męska plaża na zdjęciu męża


 

Komentarze

Popularne posty